Hermiona
Kobieta w raz z mężczyzną podeszli do mnie i usiedli po drugiej stronie stolika. Przez chwile przyglądali mi się z uwagą. Zdążyłam w tym czasie zauważyć, że kobieta jest odrobinę do mnie podobna. Co prawda miała blond włosy zupełnie jakby należała do rodu Malfoy'ów, była powalająco piękna, ale miała też przepełnione miłością i troską, czekoladowe oczy. Uśmiechała się do mnie delikatnie, tak jakby myślała, że zaraz ucieknę. Natomiast mężczyzna miał ułożone w tak zwany "artystyczny nieład" włosy w kolorze piór kruka, a jego oczy były jak niekończąca się otchłań czerni. Aż dziwne, że da się mieć tak ciemne oczy.
Siedzieliśmy w ciszy, której żadne z nas nie miało odwagi, a może też nie chciała przerywać. Tak po prostu siedzieliśmy i przypatrywaliśmy się sobie w milczeniu jakbyśmy nie mieli sobie nic do powiedzenia. Niestety każdy spokój i każdą ciszę przychodzi kiedyś pora przerwać. Bo z ciszą jest trochę jak z oddechem jak ze wstrzymywaniem oddechu. Nie da się tego robić za długo, ponieważ zaczyna się robić dziwnie. W oczach kobiety widziałam coś jeszcze i byłam w stu procentach przekonana, że była to tęsknota.
Jako pierwszy głos zabrał mężczyzna, ściągając w tej samej chwili kaptur z głowy.
- Miło cię znów zobaczyć po tylu latach. - jego twarz przybrała jakby weselszy wyraz, a oczy mogło się wydawać rozświetliły się odrobinę tracąc swą ciemność - Nawet nie wiesz jak bardzo za tobą tęskniliśmy.
Widać było na pierwszy rzut oka, że oboje są bardzo szczęśliwi, ale ja sama nie byłam zbytnio przekonana co powinnam w tej chwili czuć.
- Mnie też miło was widzieć, ale najpierw chciałabym się dowiedzieć kim jesteście. - odparłam - Wasz list oczywiście wyjaśniał kilka najważniejszych kwestii, ale nadal mam kilka pytań.
- Oczywiście rozumiemy twoje zainteresowanie naszą tożsamością. W końcu każdy chyba chciałby wiedzieć jak nazywają się jego rodzice. - rozmowę nadal ciągną mężczyzna - Ja nazywam się Nathaniel Riddle, a moja żona to Margaret Riddle.
Kiedy tylko wypowiedział te dwa nazwiska zachłysnęłam się właśnie pitym sokiem, który kupiłam zaraz po wejściu do Dziurawego Kotła. Przez chwile nie mogłam złapać normalnego oddechu w czym skutecznie przeszkadzało mi ciągłe krztuszenie. W kilka minut odzyskałam mowę i odważyłam się na krótkie pytanie.
- Słucham? - wydusiłam nadal zachrypniętym głosem.
- Oboje z nich najwyraźniej rozbawiła moja reakcja co mogłam wywnioskować po szerokich uśmiechach na ich twarzach. Kobieta z nadal uśmiechając się odpowiedziała na moje pytanie.
- Ja jestem Margaret, a to jest Nathaniel i oboje mamy na nazwisko Riddle.
Nie wiem jak w tej chwili wyglądała moja twarz, ale prawdopodobnie będę musiała zbierać szczękę z pod stołu, a oczy już dawno wyskoczyły z orbit i teraz mkną ku nieznanemu.
- Nie, to niemożliwe, to na bank jest jakaś pomyłka. - panikowałam - Jedyny czarodziej o nazwisku Riddle nie żyje i to ja osobiście się do tego przyczyniłam, a był nim sam Voldemort.
- Masz racje, ale my nie naprawdę tak się nazywamy. - kolejna próba ze strony Nathaniel'a - Wiem, że to może być dla ciebie szok, ale jestem spokrewniony z Voldemort'em. Jest on moim przyrodnim bratem. Nasz ojciec zdradził jego matkę z moją lecz nigdy nikt się o tym nie dowiedział.
- Okej, uznajmy, że to wszystko nie jest chore, że to całkowicie normalne. Niestety nadal nie rozumiem czego ode mnie oczekujecie? - spytałam.
- Chcemy spróbować cię poznać teraz kiedy na świecie jest już bezpiecznie możemy normalnie funkcjonować. Pojedź teraz z nami do Riddle Manor. Chcemy tylko zjeść z tobą kolacje, nawiązać jakieś chociażby podstawowe relacje.
- Jaką mam pewność, że nie chcecie mnie gdzieś wywieźć, zabić, porwać albo Merlin jeden wie co jeszcze?
Jak mogłam zaufać komuś kogo praktycznie nie znam, a do tego ma na nazwisko Riddle? To wykracza daleko poza granicę zdrowego rozsądku.
- Nie mamy nic na potwierdzenie naszych słów. Po prostu postaraj się nam zaufać i dać podstawy do obdarzenia nas zaufaniem.
No i jak to ostatnio bywa zdrowy rozsądek Hermiony jeszcze Granger poszedł na spacer. Przystałam na ich propozycje i razem ruszyliśmy do wyjścia.
Jako, że byliśmy na ulicy Pokątnej mogliśmy teleportować się bezpośrednio bez przymusu szukania opuszczonej ciemnej uliczki. Chwyciliśmy się za ręce i z pyknięciem charakterystycznym dla teleportacji zniknęliśmy. W kilka minut znajdowaliśmy się pod ogromną willą o szarych, zimnych ścianach.
Szliśmy w niczym niezmąconej ciszy, którą przerwał jedwabisty głos kobiety.
- W domu jest jeszcze Narcyza Malfoy i jej syn Draco, którzy postanowili nas dziś odwiedzić ze względu na to, że Narcyza jest twoją matką Chrzestną.
No świetnie! Jeszcze tylko Malfoy'a mi tam brakowało. Cholerny dupek zawsze pojawia się tam gdzie nie trzeba!
Ojciec - bo chyba tak powinnam się do niego teraz zwracać - otworzył wielkie, dwuskrzydłowe, hebanowe drzwi. Kiedy tylko przekroczyłam próg zauważyłam, że wcale nie panuje tutaj przepych jak w dworze Malfoy'ów, a wszystko jest stonowane w jasnych kolorach. Mimo, że dom z zewnątrz wyglądał chłodno w środku było dość przytulnie, a kolory ścian nadają ciepła pomieszczeniom.
Niepewnym krokiem weszłam w głąb pomieszczenia i zauważyłam, że na kanapie siedzą dwie postacie, które kiedy tylko mnie zauważyły odwróciły się w moją stronę.
- Granger?! - pokój wypełnił zdziwiony okrzyk Dracona Malfoy'a.
Draco
Siedziałem sobie spokojnie na kanapie w domu państwa Riddle'ów. Dzisiaj oficjalnie miałem poznać ich córkę, którą musieli oddać zaraz po narodzinach, ponieważ groziło jej wielkie niebezpieczeństwo. Do ich domu zawitaliśmy już dobrą godzinę temu, ale oni nadal nie wrócili, a ja cały czas zachodzę w głowę kto to może być? Powiedzieli mi tylko tyle, że doskonale znam tą osobę. Najlepiej na świecie znam oczywiście Blaise'a i Pansy, ale on z przyczyn wiadomych nie może być córką, a szczerze wątpię żeby Parkinson była córką dwójki tak mądrych ludzi. Co prawda jest świetną przyjaciółką, ale inteligencje to ma raczej przeciętną. Zresztą co ja się będę głowił skoro to może być każda osoba chodząca do Hogwartu.
Usłyszałem szczęk naciskanej klamki i drzwi otworzyły się z cichym piskiem. Po kilku chwilach do pokoju weszła dziewczyna o kasztanowych lokach, ale nie mogłem jej rozpoznać, ponieważ jej twarz była zwrócona w innym kierunku. Dopiero kiedy spojrzała w moją stronę zdałem sobie sprawę kto to jest. To nie możliwe! Naczelna kujonica Hogwartu, Arcyszlama, psiapsiółka Głupottera, a na dodatek Gryfonka! Nie pozostało mi nic innego jak wydać akt swojego wielkiego zdziwienia na światło dnia, więc wydarłem się na całą posiadłość.
- Granger?!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Witajcie!
Po długim czasie przychodzę z kolejnym rozdziałem opowiadania.
Przyznam się, że rozdział sprawdzałam chyba z 5 razy, ale nadal mam wrażenie, że są tam jeszcze jakieś błędy.
Gdybyście coś wyłapali to dajcie znać w komentarzu.
Na razie!
Witaj! Przeczytałam i komentuje jak obiecałam.
OdpowiedzUsuńNapisałaś, żeby pomóc ci wyłapać błędy, więc pomagam.
" Chwyciliśmy się za ręce i z pyknięciem charakterystycznym dla teleportacji. W kilka minut znajdowaliśmy się pod ogromną willą o szarych, zimnych ścianach." - chyba tutaj jest coś nie tak, może brakuje słowa?
Ogólnie rozdział mi się podoba. Ciekawie opisałaś reakcję Hermiony na wieść, że jej ojcem jest przyrodni brat Voldermota.
Hej!
UsuńDzięki za ukazanie błędu.
Już poprawiam.
Łał! Świetna akcja! Więc Hermiona nie jest córką Voldemorta, jak myślałam...
OdpowiedzUsuńDraco rozwala system!
-Granger?!
Po prostu mega! Czekam nexta i zapraszam do siebie!
~America
nadziejanienawiscmilosc.blogspot.com
if-i-lose-you-i-lose-everything.blogspot.com
Masz ochotę na chwilową odskocznię od rzeczywistości? To dobrze się składa, ponieważ chciałabym ciebie zaprosić na miniaturki dramione.
OdpowiedzUsuńNietypowe, zazwyczaj niekanoniczne, ale warte twojej uwagi.
Zapraszam :)
http://milosc-pisana-przez-miniaturki.blogspot.com/
Pozdrawiam, Arabella